Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->WYWIADOWCA

„NEWSWEEK” 13 czerwca 2004r.

 

WYWIADOWCA

 

Myśleliśmy, że wiemy wszystko o tajnych urzędach PRL. Jednak po 15 latach, przy okazji sprawy Oleksego, odkryto nieznaną wcześniej historykom strukturę: Agenturalny Wywiad Operacyjny.

         To najdłuższa sprawa lustracyjna w Polsce. Trwa już pięć lat. W czerwcu 1999 roku rzecznik interesu publicznego Bogusław Nizieński wszczął postępowanie lustracyjne w sprawie Józefa Oleksego, wówczas posła opozycyjnego SLD, byłego premiera. Oleksy w swoim oświadczeniu lustracyjnym stwierdził, że nie był współpracownikiem PRL-owskich służb specjalnych. Nizieński uznał, że było inaczej, i w październiku 2000 roku sąd lustracyjny pierwszej instancji  zgodził się z rzecznikiem interesu publicznego. Ale Oleksy się odwołał i sąd drugiej instancji zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia – procedura trwa do dziś.

         Wątpliwości nie budzi sam fakt podjęcia przez oskarżonego współpracy ze służbami specjalnymi. Problem dotyczy tego, z kim współpracował obecny marszałek Sejmu. To jedna z najściślej strzeżonych tajemnic Zarządu II Sztabu Generalnego, czyli PRL-owskiego wywiadu wojskowego. W jej strukturach istniała zakamuflowana komórka o nazwie Agenturalny Wywiad Operacyjny (AWO).

         „Newsweek” jako pierwszy ujawnia istnienie AWO. O tej komórce nie wiedzieli ani historycy, badacze dziejów PRL, ani znawcy wojskowości. A jednak istniała. – Potwierdzam, była  instytucja o nazwie Agenturalny Wywiad Operacyjny. Więcej na ten temat nie mogę powiedzieć – powiedział nam generał Czesław Kiszczak, były minister spraw wewnętrznych, a wcześniej od 1972 do 1979 r. Szef wywiadu wojskowego.

         Czym było AWO? Dlaczego jego działalność wciąż jest okryta tajemnicą? Na czym polegała współpraca Józefa Oleksego z tą instytucją?

         Dotarliśmy do wielu emerytowanych oficerów PRL-owskiego wywiadu wojskowego. Po usłyszeniu nazwy AWO zwykle natychmiast odmawiali rozmowy, zasłaniając się tajemnicą. PRL nie istnieje już od dawna, ale jak się przekonaliśmy, niektóre jej instytucje wciąż są głęboko skrywane.

         Znawca historii PRL-u i współpracownik Instytutu Pamięci Narodowej Antoni Dudek nie ukrywał zaskoczenia, gdy wymieniliśmy nazwę Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego. – Nigdy nie słyszałem o takiej komórce wywiadu. To tylko dowód na to, jak wiele jeszcze tajemnic skrywają wojskowe tajne archiwa – powiedział  nam Dudek.

         Odsyłani od drzwi do drzwi trafiliśmy w końcu do oficerów, którzy uchylili nam rąbka owej PRL-owskiej „tajemnicy państwowej”. Dzięki nim dotarliśmy także do informacji, z których wynika, że Agenturalny Wywiad Operacyjny powstał w latach 60. W drugiej połowie lat 60. ówczesny szef zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (czyli wywiadu wojskowego) generał Włodzimierz Oliwa określił zadania i strukturę AWO. Zaakceptował to generał Wojciech Jaruzelski – wówczas minister obrony narodowej. Jednak dziś Jaruzelski z trudem sobie przypomina szczegóły na temat AWO. – Taki odział rzeczywiście był, choć jego nazwa była nieco na wyrost. Agentury tam było co kot napłakał, głównie zajmował się obserwacją – powiedział „Newsweekowi”.

         Najprawdopodobniej decyzja o powołaniu Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego została podjęta w Moskwie. – Nawet nazwa tej jednostki była nieudolnym tłumaczeniem z rosyjskiego – powiedział nam w rozmowie telefonicznej były szef AWO, dziś osiemdziesięcioparoletni płk Henryk Kuckowski.

         Inspirację Moskwy potwierdzają też inni oficerowie wywiadu. – to nie mogła być i nie była samodzielna inicjatywa Oliwy. Byliśmy przecież częścią Układu Warszawskiego i rozkaz przyszedł stamtąd, od Rosjan – powiedział nam jeden  z nich.     

         Niektóre kursy szkoleniowe dla oficerów AWO odbywały się w ZSRR. Sam Kuckowski był wykładowcą na jednym z takich kursów, gdzie uczył zasad przerzutu wywiadowców za granicę, werbunku czy konspiracji.

         Zaproponowaliśmy Kuckowskiemu bezpośrednie spotkanie. Początkowo się zgodził, ale po kilku dniach zmienił zdanie. W tej sytuacji szukaliśmy innych źródeł informacji. Proszący o zachowanie anonimowości emerytowani oficerowie wywiadu wojskowego doradzili nam, aby o  AWO rozmawiać z płk. Gradzikiem, byłym szefem rozpoznania w Zarządzie II, albo płk. Przybyszem – poprzednikiem Kuckowskiego na stanowisku szefa AWO. Próbowaliśmy ich odnaleźć. Niestety, okazało się, że obaj już nie żyją.

         Koncepcja generała Włodzimierza Oliwy, zaakceptowana przez generała Wojciecha Jaruzelskiego, precyzyjnie określała zadania AWO. Należały do nich prace werbunkowe oraz szkolenie wywiadowców i rezydentów wywiadu. Mieli być oni szkoleni w technikach kamuflażu, konspiracyjnej łączności czy uzbrojenia wojsk państw Zachodu. Oliwa sprecyzował zadania AWO, zarówno w czasie pokoju, jak i wojny. Podczas wojny AWO miał zająć się agenturalną pracą na tyłach przeciwnika. W czasie pokoju natomiast AWO powinien zbierać informacje o siłach zbrojnych przeciwnika w potencjalnym konflikcie i prowadzić pracę werbunkową, dzięki której w krajach zachodnich utworzona zastanie sieć agenturalna. AWO miał też przygotować i przeszkolić rezydentów, którzy na wypadek wojny mieli być przerzuceni na tyły wroga i tam nadzorować sieć agentów. Z chwilą wybuchu wojny AWO przeszedłby spod dowództwa Zarządu II SG WP bezpośrednio pod struktury Układu Warszawskiego.

         Przerzut agentów i rezydentów według Oliwy miał  odbywać się kilkoma drogami: przez „zieloną granicę”, za pośrednictwem statków handlowych, zagranicznych firm handlowych, ewentualnie przez kraje neutralne (np. Finlandię, Austrię).

         AWO z werbowaniem tajnych współpracowników nie czekał na moment wybuchu wojny.  Robił to od chwili swojego powstania, a kandydatów wybierał wśród młodych ludzi, przede wszystkim rezerwistów władających językami obcymi, mających sposobność wyjazdu za granicę. W przeciwieństwie do tradycyjnego wywiadu AWO werbował niemal wyłącznie obywateli polskich. Takie były wytyczne szefów wywiadu.

         Działalność tej komórki była podówczas ściśle tajna. Antoni Dudek zwrócił nam uwagę, że wywiady często tworzyły zakonspirowane wewnętrzne struktury choćby po to, by utrudnić pracę obcym służbom. W tym przypadku przyczyną utajnienia mogło być werbowanie przez armię cywilów, a więc głęboka inwigilacja wojska z życie społeczeństwa.

         W centrali AWO pracowało zaledwie kilkunastu oficerów. I nawet ich współpracownicy z wywiadu wojskowego, gdy ich o to pytaliśmy, twierdzili, że nie znają komórki o nazwie AWO.

         Tak było prawdopodobnie w przypadku Krzysztofa Luksa. Ten wiceminister transportu w rządzie Jerzego Buzka został w 2000 roku uznany za „kłamcę” lustracyjnego. Przed sądem pierwszej instancji udowodniono mu, że nie przyznał się do współpracy z wywiadem wojskowym. Luks był „adresówką”, czyli skrzynką kontaktową dla oficerów wywiadu. Pod jego adres przychodziła wywiadowcza korespondencja, którą Luks przekazywał swojemu oficerowi prowadzącemu.

         Dziś były wiceminister utrzymuje, że w ogóle nie wiedział, iż współpracuje z oficerem wywiadu. – Dla mnie ten oficer był czołgistą, oficerem wojsk pancernych w Szczecinie – powiedział nam Krzysztof Luks, który twierdzi, że dopiero podczas procesu lustracyjnego dowiedział się, że „czołgista” tak naprawdę służył w Zarządzie II Sztabu Generalnego (czyli w wywiadzie). Ale w rzeczywistości sprawa była  jeszcze bardziej skomplikowana – nasi informatorzy twierdzą, że ów wojskowy (dziś już nieżyjący) był prawdopodobnie zakamuflowanym oficerem AWO.

         Czy także Józef Oleksy nie wiedział, ż kim współpracował? Marszałek Sejmu twierdzi, że z nazwą AWO spotkał się po raz pierwszy dopiero podczas swojego procesu lustracyjnego. Ale o tym, że miał wątpliwości co do charakteru swojej współpracy, może świadczyć fakt, że przed złożeniem oświadczenia lustracyjnego pytał ówczesnego ministra obrony narodowej Stanisława Dobrzańskiego, jak powinien interpretować swoje kontakty ze służbami wojskowymi w latach siedemdziesiątych. Dobrzański uspokoił go, że może napisać, iż nie był współpracownikiem tajnych służb.

         Z dokumentów i dowodów przedstawionych w sądzie lustracyjnym wynika, że Józef Oleksy jako kandydat na wywiadowcę AWO został wytypowany rok po stąpieniu do PZPR – w 1969 roku, gdy kończył studia na wydziale handlu zagranicznego warszawskiej SGPiS. Wybrał go oficer AWO po lekturze akt rezerwistów. Oleksy spełniał kryteria, był młody, znał języki m.in. niemiecki i hiszpański. Po kilku spotkaniach oficer ten postanowił zwerbować Oleksego. Wniosek zaaprobował ówczesny szef AWO. Oleksy miał przybrać pseudonim Piotr.

         Podczas procesu lustracyjnego ujawniono, że w 1971 r., przed wyjazdem Oleksego na studia doktoranckie na uniwersytet w Strasburgu, AWO skazał mu, czym ma się interesować podczas pobytu za granicą. Oleksy zadanie wykonał, a po powrocie sporządził sprawozdanie. Miał dostać za to kilka tysięcy ówczesnych złotych. Odbiór pieniędzy pokwitował. Obecny marszałek Sejmu wprawdzie przed sądem kwestionował, by podpisywał pokwitowania, ale potwierdziły to dwie niezależne ekspertyzy grafologiczne. Dziś w rozmowie z dziennikarzem „Newsweeka” potwierdza, że przyjął nagrodę finansową od oficerów wywiadu.

         Przeszkolenie na wywiadowcę AWO 27-letni Oleksy przeszedł w 1973 roku. Jak twierdzą nasi informatorzy, wywiadowcy AWO niejednokrotnie typowali kandydatów na współpracowników również ze środowiska studentów, najczęściej tych, co wyjeżdżali na zagraniczne stypendia.

         Oleksy rozmowy z oficerami prowadzącymi prowadził głównie w warszawskich kawiarniach.

         Czy rozmawiał o swoich kolegach ze studiów?

         Po kilku latach współpracy, mając nadzieję na karierę w partii i być może z obawy o ujawnienie swoich trwających długo kontaktów, poprosił o zerwanie współpracy z wywiadem – co nastąpiło w 1978 r., po zobowiązaniu się przez Oleksego do dochowania tajemnicy.

         Przed sądem lustracyjnym nie stało więc wyłącznie zadanie ustalenia, czy obecny marszałek Sejmu współpracował, ale również czym była komórka, z którą współpracował. Zadanie trudne, bo nawet rzecznik interesu publicznego o istnieniu tej instytucji dowiedział się dopiero podczas przygotowań do procesu Oleksego.

         AWO był częścią wywiadu wojskowego (czyli Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego). Według ustawy lustracyjnej do współpracy z Zarządem II w oświadczeniu lustracyjnym politycy muszą się przyznać. Powinien być jednak spełniony jeszcze jeden warunek. Konkretna komórka wywiadu, z którą polityk współpracował, musi być – według ustawy – „ogniwem operacyjnym”. Teraz rzecznik interesu publicznego musi przed sądem wykazać, że AWO pełnił funkcje operacyjne, na co wskazywałaby nazwa tej komórki. Jak się wydaje, stara się to udowodnić przez wyciąg, analizę  teczek 27 wywiadowców  Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego.

         Wiele wskazuje, że w ciągu najbliższych tygodni sąd zakończy swoją pracę. – Rzeczywiście strony stwierdziły, że liczą się już z zamknięciem przewodu – potwierdza Zbigniew Puszkarski, przewodniczący wydziału lustracyjnego sądu apelacyjnego. Choć przyznaje, że pewnie nie zakończy to definitywnie sprawy. Strony mogą się odwołać do wyższej instancji, a nawet wnieść o kasację wyroku do Sądu Najwyższego. Spektakl może więc trwać kolejne kilka lat.

         Czy dziś Oleksy tak samo wypełniłby swoje oświadczenie lustracyjne? Chcieliśmy go o to zapytać. Jednak marszałek Sejmu uprzedził nasz ruch. Zanim jeszcze wysłaliśmy faks z prośbą o spotkanie, w miniony wtorek po południu zadzwonił na redakcyjnym biurku telefon. – Dzień dobry, dzwonię z sekretariatu marszałka Józefa Oleksego. Marszałek chciałby zaprosić pana na kawę – powiedziała asystentka Oleksego. – A o czym pan marszałek chciałby rozmawiać? – zapytaliśmy. – Pan marszałek nie mówił. Zadzwonił i polecił mi pana zaprosić – tłumaczyła sekretarka.

         Skąd Oleksy wiedział, że interesujemy się AWO? Podczas spotkania nie chciał odpowiedzieć na to pytanie, podobnie jak na wiele innych. Gdy tylko reporter „Newsweeka” wszedł do jego gabinetu, usłyszał  od marszałka ostre pytania. Dlaczego tym się interesujemy? Kto nas inspiruje? Z kim już rozmawialiśmy? – Ja przecież w oświadczeniu lustracyjnym wyraźnie dopisałem, że byłem szkolony jako oficer rezerwy wojskach rozpoznania na wypadek mobilizacji wojennej. Uważałem i uważam, że postąpiłem uczciwie – tłumaczył Oleksy.

         Ale na pytanie, czy dziś w oświadczeniu lustracyjnym także by stwierdził, że nie był współpracownikiem służb specjalnych, Oleksy odparł, że nie wie.

 

Grzegorz Indulski

Inne artykuły na ten temat