Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->Zielony koń trojański w cywilnych specsłużbach

„Gazeta Polska”, 7.07.2004

 

Zielony koń trojański w cywilnych specsłużbach

 

Dlaczego w czasach Zbigniewa Siemiątkowskiego i Andrzeja Barcikowskiego do cywilnych służb specjalnych napłynęło tak wielu oficerów dawnych służb wojskowych? Działacze SLD chcieli stworzyć w specsłużbach cywilnych lojalną wobec siebie, dyspozycyjną grupę – uważa Konstanty Miodowicz.

 

         Przypadek płk. Mieczysława Tarnowskiego, od 1990 funkcjonariusza Urzędu Ochrony Państwa, później wiceszefa UOP i ABW, który jeszcze w 1991 roku figurował w rejestrach wojskowych służb jako ich tajny współpracownik, skłania do zastanowienia nad metodami działania wojskowych specsłużb. Zwłaszcza że po zwycięstwie SLD w ostatnich wyborach parlamentarnych odbył się prawdziwy desant oficerów tajnych służb wojska na UOP, a potem ABW.

Bo był znajomym Zemkego

         W Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego odmówiono nam informacji, ilu kierowników jednostek ABW oraz ich zastępców miało staż w Wojskowych Służbach Wewnętrznych bądź w Wojskowych Służbach Informacyjnych. – Jest to informacja niejawna, co wynika z załącznika do ustawy o ochronie informacji niejawnych – argumentowała Anna Barankiewicz z biura prasowego ABW, choć szefowie delegatur są osobami publicznymi i ich staż w służbach nie jest objęty tajemnicą.

         Po zmianie rządu na czele delegatur dawnego Urzędu Ochrony Państwa stanęli oficerowie z kilkudziesięcioletnim stażem w wojskowych tajnych służbach PRL. Ściąganie wojskowych zapoczątkował ówczesny p.o. szefa UOP Zbigniew Siemiątkowski, który mianował trzech pułkowników dawnego WSW, a potem WSI, na stanowiska szefów delegatur UOP w Bydgoszczy, Lublinie i Szczecinie. W miarę przeprowadzanych czystek w centrali, również tam pojawiały się osoby z wojskową przeszłością.

         Szefem delegatury ABW w Lublinie jest płk Antoni Paliwoda. W WSW służył już w latach 70. Pracował w WSW Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Pełnił kierownicze funkcje w jednostkach kontrwywiadu wojskowego w Toruniu i w centrali WSI.

         Paliwoda odszedł z WSI na emeryturę w 2001 roku, przeszedł do UOP i objął kierownictwo delegatury. Podobnie jak płk Wiesław Kowalski, który kieruje delegaturą w Szczecinie. Kowalski może się pochwalić równie długim stażem jak Paliwoda.

         Szefem ABW w Bydgoszczy jest ppłk Piotr Lenatr, były podwładny Paliwody w kontrwywiadzie wojskowym, gdzie zastąpił go po jego odejściu na emeryturę. Jedyną kwalifikacją do obsadzenia delegatury bydgoskiej przez Lenarta była znajomość z wiceministrem obrony Januszem Zemke (SLD). Siemiątkowski osobiście wprowadzał nowomianowanego w obowiązki.

         U Lenarta pracuje więcej osób wywodzących się z kontrwywiadu wojskowego. Szefem Wydziału Zamiejscowego bydgoskiej ABW w Toruniu jest mjr Tomasz Głowacki, emerytowany oficer WSW, bliski kolega Lenarta (obaj podobno nie stronią od imprez suto zakrapianych alkoholem).

         By zilustrować poziom profesjonalizmu oficerów „wojskówki”, jeden z rozmówców GP opisał nam metody pracy jednego z tych pułkowników. – Na odprawach wszystkich naczelników, w których brali udział także szefowie pionów administracyjno-gospodarczych, kazał omawiać podwładnym bieżące działania operacyjne.

         Zapytaliśmy Zbigniewa Nowka, byłego szefa UOP, czy taka sytuacja jest w ogóle możliwa. – Słyszałem o tej praktyce. Z tego co wiem, nawet osoby nominowane przez nowego szefa zwróciły mu uwagę, że takie zachowanie jest niewłaściwe – powiedział.

Wojskowy kontrwywiad, czyli o pływaniu po jeziorze

         Zdaniem Nowka powodem takiej sytuacji może być „zasadnicza różnica w specyfice pracy służb wojskowych i cywilnych”. – Oficerowie z kontrwywiadu wojskowego pracowali w kilkuosobowych komórkach. Teraz nagle zaczęli kierować delegaturami, czyli jednostkami kilkadziesiąt razy większymi. Przede wszystkim zaś nigdy nie mieli do czynienia ze zwalczaniem przestępczości zorganizowanej, nie nabrali doświadczenia jak prowadzić sprawy operacyjne, śledcze. Kontrwywiad wojskowy działa w wojsku, w jednostkach zamkniętych – mówi Nowek i podkreśla: - Różnica między kontrwywiadem wojskowym a kontrwywiadem cywilnym jest taka, jak między pływaniem po jeziorze a pływaniem po morzu.

         Siemiątkowski, który dwa miesiące temu zmuszony był złożyć dymisję za stanowiska szefa Agencji Wywiadu, tak tłumaczy, dlaczego po objęciu szefostwa UOP w 2001 roku sięgał po oficerów WSW i WSI: Szukałem ludzi o określonym typie kwalifikacji, wieku i doświadczeniu, którzy pracowali i znali się na kontrwywiadzie nie tylko z książki. Potrzebowałem ludzi na stanowiska kierownicze, wobec tego nie mogłem sięgać po osoby bez doświadczenia.

         Gdy zwróciliśmy uwagę, że jego wybrańcy nabierali doświadczenia w latach 70., Siemiątkowski odparł: - To byli głównie 40-latkowie, którzy z tamtą epoką nie mieli nic wspólnego.

         - Oficerowie z 30-letnim stażem w służbie są 40-latkami?

         - Nie spierajmy się o wiek. Potrzebowałem ludzi o takich kwalifikacjach, nie miałem ich u siebie zbyt wielu, więc sięgnąłem po oficerów WSI.

Pruszyński, czyli trojański eksperyment

         - Na wielu kluczowych pozycjach dowódczych w ABW umieszczono osoby, które z jednej strony dysponowały pewnymi kwalifikacjami kierowniczymi i doświadczeniem operacyjnym, z drugiej – nie miały powiązań wewnątrz Agencji i gwarantowały pełną lojalność i dyspozycyjność wobec obecnego kierownictwa ABW, bo wiele mu zawdzięczały. Tego rodzaju kadry czerpano z WSW – uważa poseł PO Konstanty Miodowicz, były szef kontrwywiadu UOP, dziś członek sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Przypuszczam, że inicjatorem tego przedsięwzięcia był Paweł Pruszyński [obecny wiceszef ABW, dawniej działacz łódzkiego SLD. W zeszłym tygodniu wyszło na jaw, że Pruszyński utrzymywał intensywne kontakty z bohaterami afery lekowej. Równocześnie ABW wykazywała nadzwyczajną bierność w tej sprawie. Według naszych informacji, Pruszyński jest też w nieformalnej „grupie hakowej” – przyp. AnGa]. Sądzę, że Pruszyński nie mógł zapomnieć Siemiątkowskiemu, że wyhodował na własnej piersi żmiję, jaką był w ich mniemaniu Zbigniew Nowek [w latach 1990-97, a więc także za rządów SLD-PSL, Nowek kierował bydgoską delegaturą UOP. Siemiątkowski zamierzał go usunąć – przy AnGa].

         Jak twierdzi Miodowicz, ekipa SLD postanowiła wyciągnąć wnioski z zaniechań kadrowych z lat 1996-97: wydaliła ze służby większość szefów delegatur, dyrektorów i zastępców dyrektorów, oraz naczelników z UOP, a następnie część tych stanowisk obsadziła osobami, które wywodząc się z wojska gwarantowały pełną lojalność.

         - Niewątpliwie wpływa to na obniżenie jakości pracy cywilnej służby kontrwywiadu i rozpoznania wewnętrznego – uważa Miodowicz. – Eksperyment z wprowadzaniem wojskowych do służb cywilnych może się zakończyć dla tych ostatnich tak, jak dla Troi znalezienie drewnianego konia. Osoby, o których mówimy, utrzymują intensywne kontakty z kompanami z czasów wspólnej pracy w WSW i kontakty te są „konsumowane” informacyjnie przez WSI.

         Poseł PiS Zbigniew Wassermann, członek sejmowej speckomisji, tłumaczy: - WSI zawsze chciały być postrzegane jako potężniejsze od służb cywilnych, z potężną sferą wpływów. Ale nieraz dostawały baty od konkurencji, na przykład wtedy, gdy UOP ujawnił szpiegów w szeregach WSI. Dlatego służby wojskowe chcą wiedzieć, co się dzieje wewnątrz ABW. I dlatego mają swoich ludzi nie tylko w podmiotach gospodarczych, ale i w tak wrażliwych instytucjach, jak służby cywilne.

         Wojskowi tajniacy, którzy zagnieździli się w ABW, ściągają kolejnych (dotyczy to również Agencji Wywiadu). Oficerów WSI można znaleźć m.in. w pionie zwalczania korupcji i przestępstw gospodarczych ABW.

         Zapleczem kadrowym dla ekipy SLD miał być Związek Byłych Funkcjonariuszy Służb Specjalnych (d. ZBF UOP), który skupia głównie esbeków. Jednak jego działacze widzieli się tylko na stanowiskach kierowniczych, przynajmniej na poziomie zastępcy dyrektora wiodącego departamentu. Kiedy te stanowiska zostały obsadzone, chęć powrotu do służby w szeregach ZBF raptownie opadła. Z byłych służb wróciło tylko kilkadziesiąt osób, czyli tyle ile było stanowisk kierowniczych do obsadzenia.

 

Anita Gargas

Zobacz także:

SKAMIELINA, „Gazeta Polska”, 7.07.2004