Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->Specsłużby, czyli...Cyrk z groźnymi lwami

Trybuna, 25.02.2004 r.

 

Specsłużby, czyli...

Cyrk z groźnymi lwami

 

Miało być fantastycznie. Po mrocznych doświadczeniach ze skutkami politycznego zaangażowania oficerów służb specjalnych idący po władzę Sojusz Lewicy Demokratycznej postanowił skonstruować mechanizm, który z zachowaniem demokratycznych standardów pozwoliłby raz na zawsze uciąć podobne praktyki.

Bez dotychczasowej obłudy, która na czoło służb wynosiła tak "apolitycznych" funkcjonariuszy jak Zbigniew Nowek, szefami służb zostali politycy zwycięskich ugrupowań. Żeby jednak lojalność partyjna nie przygniatała w nich obowiązku zachowania równego dystansu do wszystkich sił politycznych, ustanowiono nad służbami cywilną kontrolę, sprawowaną m.in. przez sejmową Komisję ds. Służb Specjalnych, której kierownictwo sprawują wyłącznie przedstawiciele opozycji.

Po dwóch latach od zaordynowanych przez SLD zmian trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - ten model funkcjonowania służb specjalnych w państwie też się nie sprawdza. Ci ludzie slużb, którzy w przeszłości nie stronili od polityki, nadal to robią. Dowód - reprodukowana na str. 3 ulotka, którą między innymi rozdaje jeden z oficerów kilka miesięcy temu przyłapanych razem z Jackiem Kalasem na bezprawnym penetrowaniu ABW. Jak pamiętamy - wybuchł z tego wielki skandal.

W obronę Kalasa zaangażowała się cała opozycja, na czele z jej przedstawicielami w sejmowej spec-komisji, posłami Wassermanem i Miodowiczem. To oni, przy aktywnym wsparciu prasy, przerobili Kalasa i jego kolegów na "politycznie prześladowanych". W efekcie nikomu nic się nie stało - jednemu prokuratura zarzuty już umorzyła, pozostali spokojnie czekają na zmianę ekipy na starą.

Żeby było weselej, reprodukowana u nas ulotka rozdawana jest pod dachem ABW. Podany na niej adres internetowy to zachwalana jako "pierwsza profesjonalna" tematyczna strona internetowa dawnego UOP. Jej treść nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, iż jej twórcy reformę służb specjalnych uznają wyłącznie za zamach na UOP - najlepszą, jak można przeczytać - służbę w dawnych krajach komunistycznych. Zamachu dokonali według nich ludzie SLD do spółki z funkcjonariuszami b. Służby Bezpieczeństwa.

Polityczny wymiar tej inicjatywy jest jasny i nieskrywany. Oczywiście, nie wiadomo, kto tę stronę redaguje. Czytelnik zapewniany jest tylko, że "najlepsi specjaliści od służb specjalnych". Wiadomo za to, kto stronę firmuje: Stowarzyszenie Obrony Praw Funkcjonariuszy Służb Mundurowych i Żołnierzy "Magnum". Założę się, że nie zgadną Państwo, gdzie owo Stowarzyszenie rezyduje. W Biurze Przepustek Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, ni mniej, ni więcej. Działa tam od 2 lutego i interesantów przyjmuje w poniedziałki i wtorki od godz. 8.00 do 17.00, a w środy od 8.00 do 12.00. Oficjalnie! Chętni, którzy już dziś chcą załapać się na jutro, nie muszą nigdzie się fatygować, żeby powspółpracować z tymi, którzy "jutro wracają".

Czy nie jest to sprawa, którą zająć powinna się sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnch? Być może, ale kto ma wnieść ten przypadek do zbadania, skoro w komisji rej wodzą ludzie dawnego UOP: płk Miodowicz - były szef kontrwywiadu, jego komisyjny doradca - płk Stanisław Hoc, jego były zastępca w kontrwywiadzie, drugi komisyjny doradca - płk Zbigniew Nowek, sam szef byłego UOP, wspierani przez posła PiS Zbigniewa Wassermana.

PODKOMISJA

Tak jak prawo do zakładania stowarzyszeń daje formalną podstawę do politycznej aktywności apolitycznych podobno państwowców z b. UOP, tak prerogatywy przynależne sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych dają formalną podstawę do załatwiania politycznych porachunków i ubijania politycznych interesów. Oto na przykład w ramach komisji powstała podkomisja do spraw zbadania nieprawidłowości, do jakich dopuściły się Wojskowe Służby Informacyjne w sprawie FOZZ.

- Nigdy nie ośmieliłbym się podważać zasadności powołania tej podkomisji, która powstała przecież przy udziale wszystkich posłów komisji, również tych reprezentujących koalicję rządową - mówi poseł Miodowicz z lekko słyszalną nutką ironii.

- Ale czy na jej czele musiał stanąć akurat poseł Wasserman?... Poseł Miodowicz rozkłada ręce i wznosi oczy w geście znaczącym: a cóż w tym złego, a poza tym, co ja mogłem zrobić? - Nie komentuję tego - dodaje głośno. - Może kiedyś powiem, co myślę, co myślę o wielu rzeczach, ale nie teraz, kiedy przewodniczę komisji.

Ta, na pierwszy rzut oka pełna odpowiedzialności, odpowiedź posła Miodowicza nie zmienia faktu, że powołanie tej podkomisji z posłem Wassermanem na czele daje do myślenia. Wszak jest on nieskrywanym aktywistą partii braci Kaczyńskich. Uważa się dość powszechnie, że bliźniacy w czasach, kiedy jeszcze nie byli Prawem i Sprawiedliwością, tylko Porozumieniem Centrum, dość specyficznie zbudowali finansowanie swojej partii. Różne sugestie i stwierdzenia na ten temat padają podczas toczącego się w Warszawie procesu FOZZ. Wypowiadają je m.in. byli oficerowie wojskowych służb specjalnych. Nie jest więc wykluczone, że bracia pragnęliby wiedzieć, czy są jakieś różnice między sądową dokumentacją w tej sprawie, a tą, która jest w posiadaniu wojskowych służb specjalnych. Na razie nie mogą nawet o tym pomarzyć, ale poseł Wasserman, jako przewodniczący podkomisji sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, nie tylko może pomarzyć, on może zażądać odpowiedzi, a nawet wglądu.

HUSZCZA WIECZNIE ŻYWY

Można też pokusić się o przykłady wykorzystywania speckomisji (przypominam - w zamierzeniach twórców mającej stać na straży apolityczności służb) do bieżącej młócki politycznej. Tu dobrym przykładem jest sprawa Wiesława Huszczy. Nagle ten całkowicie już zapomniany były skarbnik SdRP wystrzelił na pierwsze strony gazet - oczywiście jako szwarccharakter, bo inna rola nie jest już dla niego przewidywana. Huszcza pojawił się przy okazji draki o jednorękich bandytów. Ale tym zajmował się sejmowy plebs.

Sejmowa arystokracja podjęła ciekawszą grę. Spróbowała mianowicie przy odgrzanym Huszczy odgrzać sprawę "moskiewskich pieniędzy" i jeszcze raz zanucić starą śpiewkę o lewicy wyrosłej na ruskiej forsie. Z mównicy sejmowej pan poseł Miodowicz zadał ministrowi sprawiedliwości Kurczukowi takie oto pytanie: Czy rząd Leszka Millera interesuje się efektami inicjatywy, z którą pan Wiesław Huszcza wystąpił w 1991 r. wobec Wydziału Ogólnego KC KPZR? Proponował on wspólne uruchomienie sieci kasyn i domów gry, z których prowadzone zyski przeznaczone by były na realizację strategicznych i specjalnych celów. Wykonawcą przedsięwzięcia miała być prowadzona przez KGB ZSRR spółka Simaco. Czy to nie do tych czasów odnieść należy początki kontrowersyjnego zaangażowania się byłego skarbnika SdRP w lobbing na rzecz określonych dysponentów automatów do gry hazardowej? Po drugie - co rząd Leszka Millera wie o pochodzeniu i losie gigantycznych środków finansowych zainwestowanych przez SdRP w kierowaną przez pana Wiesława Huszczę Agencję Gospodarczą Spółkę z o.o?

Jestem otóż przekonany, że wiedza, która jest zamknięta w tych pytaniach, nie jest wiedzą gazetową. To, jak sądzę, wiedza operacyjna, którą poseł Miodowicz nabył w czasie, gdy był szefem kontrwywiadu UOP. - Co pan na to? - zapytałem go po trzy tygodnie trwających prośbach o spotkanie.

- To jest wiedza ze źródła, które nie jest nigdzie zapisane, nigdzie nie jest zarejestrowane. Jest to źródło spoza UOP, ot... takie tam - odpowiedział mi poseł. Ja go rozumiem - nie mógł powiedzieć więcej, bo więcej oznaczałoby przyznanie, że na początku lat 90. służba, którą on wtedy kierował, wbrew prawu rozwinęła wobec leganie działającej partii politycznej wszystko, do czego była zdolna: podsłuch, obserwację, agenturę i co tam oni zwykle mają. Odpowiedź więc zawisła w powietrzu, w niedopowiedzeniu - była, a jakby jej nie było. - Czy operacja, którą panowie wtedy prowadzili, nosiła kryptonim "Kartki", a wasz agent "Hrabia"? - Może tak, może nie. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam...

Ale gdy poseł Miodowicz usłyszał wypowiedziane przeze mnie kryptonimy, w mgnieniu oka stał się na powrót pułkownikiem kontrwywiadu, który ma przed sobą wroga. Jego oczy zesztywniały, a na wpół zaciśnięte usta wypowiedziały kilka zdań, które dobrze zapamiętałem: - Gdyby moi ówcześni polityczni przełożeni nie wystraszyli się, to i "NIE" już dawno by nie było i "TRYBUNY". Legalnie, zgodnie z literą prawa. Do tej pory moglibyście dochodzić swego bez widoków na powodzenie. Pójdę już, proszę potraktować tę rozmowę jako prywatną. - Wyślę panu tekst do autoryzacji - powiedziałem. - Szkoda trudu, proszę potraktować tę rozmowę jako prywatną...

No to się nie trudziłem, nie wysłałem artykułu do autoryzacji. Ale też nie potraktowałem tej rozmowy jako prywatną. Poseł Miodowicz doskonale wiedział, bo go uprzedziłem, że chcę się z nim spotkać jako dziennikarz zbierający materiał do artykułu o Komisji ds. Służb Specjalnych. Wszelako pisząc go, zmieniłem jednak kryptonimy akcji i agenta, o którego zapytałem pułkownika. Na wszelki wypadek, żebym w przyszłości nie musiał odpowiadać za ujawnienie tajemnicy państwowej i bez widoków na powodzenie bronić się przed sądem. I pomyślałem sobie też, iż każdy, kto wierzy, że tacy ludzie jak pan pułkownik zapominają o swojej "misji" tylko dlatego, że akurat wynik wyborów okazał się nie po ich myśli, jest w błędzie.

Nasz komentarz