Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->We władzy jednego pana

„Rzeczpospolita”, 27.01.2004

 

We władzy jednego pana

Bez reformy służb specjalnych demokracja w naszym kraju będzie ułomna, jej mechanizmy niepełne, a proces podejmowania decyzji pozbawiony społecznej kontroli.

Spór o miejsce i organizację służb specjalnych toczy się od narodzin Trzeciej Rzeczypospolitej. Od lewicy do prawicy wszyscy oficjalnie mówią to samo. Służby należy odpolitycznić. Ale naprawdę służby są dobre, gdy ma się nad nimi kontrolę. Wątpliwa jest też ich wiarygodność. Może więc przyszedł czas na działania naprawdę radykalne.

O służbach specjalnych ponownie zaczęto głośno mówić pod koniec ubiegłego roku. Szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Andrzej Barcikowski podczas nocnego posiedzenia Sejmu przedstawił posłom informację o - jak twierdzi rząd - patologicznym lobbingu wokół niektórych ważnych kontraktów, co przez opinię publiczną i opozycję zostało odebrane i ocenione jako działanie kamuflujące i wyprzedzające. Rzeczywistym celem wystąpienia szefa ABW było zastraszenie mediów, uprzedzenie ujawnienia kolejnego wielkiego skandalu korupcyjnego w rządzie i SLD przez stworzenie w opinii publicznej wrażenia, że wszystkiemu winni są lobbyści i dziennikarze.

Szafa Lesiaka i instrukcja 0015

Jedna z głównych hipotez przyczyn znacznego wpływu służb specjalnych na życie publiczne, w tym polityczne, w wolnej Polsce każe szukać w wydarzeniach przełomu lat 1989 i 1990. Pozostawienie resortów spraw wewnętrznych i obrony narodowej oraz ich służb specjalnych w rękach komunistów, niezależnie od motywów tej decyzji, spowodowało konsekwencje trwające do dzisiaj.

W kwietniu 1990 r. parlament - Sejm kontraktowy i wolny Senat - uchwalił przygotowane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych - kierowane ciągle przez generała Czesława Kiszczaka - trzy ustawy: o ministrze spraw wewnętrznych, o policji i o Urzędzie Spraw Wewnętrznych. Jak twierdzi wielu fachowców, ustawy te pozostawiały nietknięte struktury MSW. Zakładały również łagodne zasady weryfikacji funkcjonariuszy komunistycznej Służby Bezpieczeństwa przy przejściu do UOP. Dodatkowo zrezygnowano z weryfikacji funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Skutek: możliwe stało się bezkarne przejście kilku tysięcy byłych funkcjonariuszy SB do struktur nowej policji.

W latach 1991 - 1997, czyli w okresie działania kilku rządów prawicowych i lewicowych, w gabinecie szefa Urzędu Ochrony Państwa pracowało kilkunastu oficerów do specjalnych poruczeń. Ich szefem był Jan Lesiak, były funkcjonariusz SB z departamentu zajmującego się opozycją, między innymi Komitetem Obrony Robotników. W 1990 r. Lesiak został negatywnie zweryfikowany, jednak po odwołaniu decyzję zmieniono. Stał się zaufanym człowiekiem szefa UOP. Za swoje zasługi awansował nawet na pułkownika. Oprócz niego w gabinecie szefa UOP pracowali inni byli oficerowie Służby Bezpieczeństwa, w przeszłości zajmujący się zwalczaniem opozycji i niezależnych inicjatyw obywatelskich.

Jednym z najbardziej znanych - i ujawnionych - działań politycznych służb specjalnych z pierwszych lat Trzeciej Rzeczypospolitej była słynna instrukcja 0015/92, która mówiła, że UOP może prowadzić - i prowadził - działania operacyjne wobec legalnych - głównie prawicowych - partii politycznych. Według instrukcji można było wśród członków partii werbować agentów, wpływać na media. Chodziło o rozbicie tych partii i skłócenie ich, skompromitowanie w oczach opinii publicznej idei dekomunizacji i lustracji. Słowem, utrzymanie wpływów służb specjalnych. Służb specjalnych o peerelowskim rodowodzie, podporządkowanych w przeszłości radzieckim rozkazom.

W kwietniu 1994 r. - był to czas rządów koalicji SLD - PSL - ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński zbierał na polecenie premiera materiały o firmach ubiegających się o pierwszą koncesję na ogólnopolską telewizję naziemną. Raport o trzech najważniejszych pretendentach UOP przekazał prezydentowi, premierowi i przewodniczącemu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Samo zainteresowanie UOP należy uznać za jak najbardziej właściwe. Do tego właśnie powołane są służby specjalne. Decyzja o pierwszej koncesji telewizyjnej w przeobrażającej się Polsce powinna zostać podjęta przy wykorzystaniu wszystkich źródeł informacji i pełnej wiedzy o chętnych na koncesję. Pojawiły się jednak wówczas oskarżenia, że raporty mogły się różnić. Prezydent Lech Wałęsa twierdził, iż przyznanie koncesji Polsatowi Zygmunta Solorza mogło stanowić zagrożenie dla państwa. Marek Markiewicz, przewodniczący KRRiTV, takiego zagrożenia nie widział i koncesję dla Polsatu podpisał.

Dwa lata później poseł Unii Pracy ujawnił rozkaz szefa UOP Andrzeja Kapkowskiego do szefów wojewódzkich delegatur Urzędu, który umożliwiał tworzenie agentur w zakładach pracy. Trochę później w czasie śledztwa w sprawie kradzieży samochodów w Poznaniu w mieszkaniu oficera UOP znaleziono listy do poznańskich polityków.

Państwo w państwie

Państwem w państwie w jeszcze większym stopniu pozostały Wojskowe Służby Informacyjne. Tu zmian nie wprowadzono prawie wcale, a pozostawienie znacznej części kadry sprzed 1989 r. w sposób naturalny budzi wątpliwości nie tylko co do ich skuteczności, ale i suwerenności oraz samodzielności.

WSI uczestniczyły w wielu wielkich aferach ostatnich lat. Niewyjaśniona do dziś największa afera czasu transformacji - FOZZ - ściśle związana jest z wojskowymi służbami specjalnymi. Współpracownikiem wywiadu wojskowego był - jest? - główny oskarżony w toczącym się procesie Grzegorz Żemek.

W latach 1992 - 1996 firmy CENREX i STEO za wiedzą i przy udziale WSI wywiozły z Polski dwadzieścia tysięcy pistoletów TT, kilkaset kałasznikowów, karabinki dla strzelców wyborowych, granatniki i kilka milionów sztuk amunicji. Ta broń trafiła z magazynów polskiej armii i policji do terrorystów i przestępców, a także do krajów objętych embargiem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ślad WSI jest również w aferze paliwowej.

Rodzi się więc pytanie, czy ta cała przestępcza działalność to tylko samodzielna inicjatywa pojedynczych zdemoralizowanych oficerów i chęć osiągnięcia przez nich zysku, czy coś więcej. Mnogość przykładów i trudność w rozwikłaniu poszczególnych spraw skłania do wybrania drugiej odpowiedzi.  

AWS nie dał rady

Przed wyborami w 1997 r. zespół do spraw służb specjalnych Akcji Wyborczej Solidarność postulował rozwiązanie polskich służb specjalnych i zbudowanie ich od nowa. Było to tym bardziej uzasadnione, że wobec perspektywy wejścia do struktur paktu północnoatlantyckiego ciągnięcie za sobą komunistycznego ogona narażało nas na zarzuty braku wiarygodności.

Oprócz zmiany szefów służb i części tylko oficerów niewiele się zmieniło. Służby specjalne nadal wpływały na życie polityczne i brały udział w podejrzanych operacjach gospodarczych.

Wystarczy wymienić sprawę żelatyny i mieleckiej WSK oraz zamieszanie lustracyjne wokół czołowych polityków AWS - w tym premiera Buzka, a później przy okazji wyborów prezydenckich 2000 r. Jeśli nawet służby specjalne nie brały w nich udziału - co jest wielce wątpliwe - to i tak nie spełniły swego zadania, jakim jest przecież ostrzeganie i przeciwdziałanie.

Sojusz po swojemu  

Już na przełomie lat 2000/2001 było jasne, że rządy w Polsce przejmie Sojusz Lewicy Demokratycznej, ugrupowanie postkomunistyczne, najsilniej związane z peerelowskim porządkiem i strukturami. Związki polityków tego ugrupowania ze służbami specjalnymi choćby dzięki rozprawom lustracyjnym stały się publicznie znane. Poza tym, w gabinecie Leszka Millera i agencjach rządowych pracowało lub nadal pracuje co najmniej kilkunastu byłych współpracowników wywiadu, najczęściej wojskowego PRL, którzy złożyli pozytywne oświadczenia lustracyjne. Należą do nich między innymi Sławomir Cytrycki, Sławomir Wiatr, Andrzej Byrt, Stanisław Jaśkiewicz, Jan Truszczyński.

Osobą przygotowującą zmiany w służbach był Zbigniew Siemiątkowski, niegdyś koordynator służb specjalnych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. W kilku artykułach w "Trybunie" przedstawił on obraz służb, z którym trudno się było nie zgodzić: UOP i WSI ingerują w życie polityczne kraju - brzmiał pierwszy punkt diagnozy. Dalej była mowa o utracie kontroli nad służbami przez rząd i parlament.

Lekarstwem miała być likwidacja dotychczasowych struktur - WSI i UOP - i powołanie zamiast nich Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu oraz utworzenie wzorowanych na istniejących w krajach NATO agend rządowych do koordynacji działań i analizy informacji zdobywanych przez wszystkie służby specjalne państwa. Program ten był bardzo zbliżony do wcześniejszego o cztery lata programu zespołu AWS. Jak stwierdził na łamach "Rzeczpospolitej" Piotr Woyciechowski, specjalista od spraw bezpieczeństwa państwa, podstawowy element programu, to znaczy wariant zero, stał się elementem programu lewicy.

Zabrakło w nim tylko - bagatela - jasnego opowiedzenia się za przeprowadzeniem desowietyzacji wśród funkcjonariuszy służb.

Zamiast UOP pojawiły się dwie nowe instytucje: ABW i AW. Agencja Wywiadu otrzymała tylko niektóre wojskowe zadania wywiadowcze. Kolegium do spraw Służb Specjalnych pozostaje jedynie organem doradczym, a w dziewięcioosobowej sejmowej komisji mająca sprawować parlamentarny nadzór nad służbami jest trzech posłów SLD i po jednym z UP, PSL, Samoobrony, LPR, PiS i PO. Wynik głosowań w takiej konfiguracji jest łatwy do przewidzenia.

Z przejętych, a później zreorganizowanych przez SLD - nadzwyczaj pośpiesznie i często wbrew prawu - służb specjalnych zwolniono kilkuset, najczęściej młodych, nieobciążonych peerelowskimi uwikłaniami, oficerów. Otworzono natomiast drzwi dla zasłużonych w przeszłości byłych funkcjonariuszy SB i UOP, zwolnionych za czasów rządu Jerzego Buzka. Szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego został Andrzej Barcikowski, człowiek związany z dzisiejszą lewicą jeszcze jako analityk w KC PZPR, później współpracujący z kolejnymi rządami z udziałem SLD, a także z powiązanymi z lewicą bankami i innymi firmami, m.in. wydawnictwem MUZA. Wątpliwy był również termin wprowadzenia nowej organizacji służb specjalnych, tuż po ataku na World Trade Center.

SLD w ogóle nie tknął WSI, instytucji najbardziej obciążonej przeszłością i najbardziej uwikłanej w afery korupcyjno-polityczne lat dziewięćdziesiątych. Dopiero w zeszłym roku parlament przyjął nową ustawę o wojskowych służbach specjalnych. Bardziej utrwala ona jednak dotychczasowy stan, niż zrywa z przeszłością.

Dwa lata rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej to nie tylko ciąg odkrywanych niemal każdego dnia afer, ale również udział w nich służb specjalnych. Niespotykane w cywilizowanych krajach zatrzymanie szefa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego przez służby w przeddzień posiedzenia rady nadzorczej, bierne przyglądanie się rozwojowi afery Rywina, konflikt z Najwyższą Izbą Kontroli wokół raportu otwarcia rządu Leszka Millera i zaangażowanie się szefa ABW Andrzeja Barcikowskiego w walkę z mediami to najbardziej jaskrawe przykłady. Z drugiej strony, co jest znacznie poważniejsze, służby specjalne nie potrafią skutecznie przeciwdziałać szerzącej się korupcji, uprzedzać władz o zagrożeniu. Za taką tezą przemawia liczba i kaliber spraw, które w ostatnim czasie ujrzały światło dzienne nie dzięki ciężkiej pracy ABW, ale przede wszystkim mediów. Aferą farmaceutyczną, o której mówił minister Barcikowski na nocnym posiedzeniu Sejmu, służby zajęły się dopiero po publikacji "Rz". Ostatnie zatrzymanie rosyjskiego szpiega wydaje się bardziej wynikiem nieporozumienia i rozgrywek między służbami niż ich przemyślaną akcją.

Wszystko od nowa 

Wszystko to po raz kolejny przemawia za poważnym zastanowieniem się nad przyszłością służb specjalnych w Polsce: ich miejscem w strukturach władzy, relacjami z parlamentem, sposobem powoływania szefów, doborem kadr, stosowanymi metodami. Kontrola cywilna nad służbami nie jest wystarczająca. Sprowadza się do politycznych głosowań w komisji sejmowej. W dyskusji nie ucieknie się od pytania najdalej idącego. Czy kolejne negatywne doświadczenia ze służbami nie skłaniają do decyzji o ich rozwiązaniu i powołaniu nowych? Często się mówi, że takie posunięcie spowodowałoby paraliż, zagroziło naszemu bezpieczeństwu, wprowadziło chaos w kontaktach z sojusznikami. Historia zna jednak takie przypadki. We Francji po powrocie do władzy generała de Gaulle'a wymieniono większość wywiadu ze względu na niemożność weryfikacji powiązań sięgających czasów II wojny. Przykład Francji może być zbyt odległy historycznie i geograficznie. Bliżsi naszym doświadczeniom są na pewno Czesi. Wszyscy byli pracownicy czeskiego kontrwywiadu tajnej policji musieli przejść przez komisje obywatelskie. Nowy kontrwywiad został oddzielony od ministerstwa spraw wewnętrznych i właściwie zbudowany od zera, z nowych ludzi, jako Informacyjna Służba Bezpieczeństwa. Padło wówczas wiele krytycznych słów, że służby mogą zostać pozbawione wielu niezastąpionych fachowców. Okazało się, że fachowości można się nauczyć, znacznie trudniej zaś pozbyć się niedemokratycznego sposobu myślenia i nawyków z czasów komunistycznych. Jak pisze politolog Pietruszka Szustrova, była to decyzja słuszna. Pomimo skandali Informacyjna Służba Bezpieczeństwa nie mieszała się do życia politycznego i nie miała żadnych powiązań ze światem przestępczości zorganizowanej.

Sytuacje nadzwyczajne wymagają nadzwyczajnych rozwiązań. Za takim przemawia ciągłe uwikłanie służb specjalnych w politykę, przez co rozumieć należy nie tylko działanie na zlecenie jednej - niekoniecznie będącej u władzy - opcji przeciw drugiej, ale przede wszystkim samodzielne, autonomiczne działanie służb specjalnych, kreowanie polityki, być może również w porozumieniu z ośrodkami zagranicznymi. Istotne znaczenie ma też udział w zorganizowanej i pospolitej przestępczości, ciągle spory odsetek funkcjonariuszy mających za sobą staż w komunistycznej policji politycznej i wywiadzie, co nie daje gwarancji samodzielności w podejmowaniu decyzji.

Nie ma demokratycznego państwa bez sprawnych służb specjalnych. Zagrożenia współczesnego świata, przede wszystkim terroryzm, ale również międzynarodowa przestępczość, szczególnie gospodarcza, rodzime grupy przestępcze, przemawiają za tym. Jest oczywiste, że służby specjalne muszą mieć specjalne możliwości działania. Również operacyjne, takie jak zakładanie podsłuchów, stosowanie prowokacji, kontrola korespondencji, daleko idąca obserwacja życia osobistego. Żadne służby, bez politycznego konsensusu wszystkich sił politycznych, takiego mandatu mieć nie będą. Bez politycznego konsensusu nie stworzy się też realnej cywilnej kontroli. Zawsze pojawiać się będą patologie, wynaturzenia i działania na polityczne zamówienie. Coraz trudniej dziś powiedzieć, że istniejące służby są w stanie spełnić to zadanie.

Trzeciej Rzeczypospolitej udało się osiągnąć daleko idącą zgodność głównych sił politycznych co do kierunków polityki zagranicznej. Z wielkimi oporami, ale powoli tworzy się w Polsce korpus służby cywilnej. Służby specjalne byłyby logicznym dopełnieniem tego procesu. W przeciwnym razie demokracja w naszym kraju będzie ułomna, jej mechanizmy niepełne, proces podejmowania decyzji niesuwerenny i pozbawiony społecznej kontroli. Doświadczenie ostatnich miesięcy, ujawniona w trakcie prac sejmowej komisji śledczej dochodzącej prawdy w sprawie Rywina praktyka życia publicznego są sygnałem, że jest to konieczne.

Krzysztof Gottesman