Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->Służba i drużba
 

26.09.2004 r., "Przekrój"

 

Służba i drużba

 

Gwoździem do trumny błyskotliwej kariery Zbigniewa Siemiątkowskiego z SLD może być żona, której przed rokiem załatwił pracę w spółce Orlen.

         Przyszłość Zbigniewa Siemiątkowskiego wygląda mrocznie, a nawet beznadziejnie.

-         Będzie ciężko i wiem, że nie zostanie mi darowane- przyznaje poseł i popada w zadumę- Prokurator ? Sąd ? Wyrok ? Trzy lata ? Ale nie zamierzam kreślić czarnych scenariuszy, bo to może być samosprawdzająca się przepowiednia.

Jednego były szef wywiadu jest pewny. – Kto wykorzystuje służby specjalne, ten ginie, ale ja ich nie wykorzystałem i dlatego nie zginę- przekonuje.- Polityk umiera, gdy jest skorumpowany, a zarzuty wobec mnie są polityczne i traktuję je jako element gry.

Innego zdania jest lewicowy publicysta Janusz Rolicki, były redaktor naczelny „Trybuny”.- On nie wywinie się od odpowiedzialności- mówi. – Komisję w sprawie Orlenu zdominowała prawica i ci ludzie są zdeterminowani, by utopić Siemiątkowskiego. Chcą mieć coś konkretnego w ręku, by sprawa nie rozmyła się jak afera Rywina. 

DLACZEGO KŁAMAŁ ?

         Jak w dobrym thrillerze upadek Zbigniewa Siemiątkowskiego zaczyna się od błahostki i dopiero splot wydarzeń sprawia, że pętla podejrzeń się zaciska. W kwietniu 2004 roku okazało się, że kariera Zbigniewa Siemiątkowskiego z SLD może zostać zwichnięta z powodu poważnych problemów z liczeniem do 15.

         W lutym 2002 roku jako szef UOP zeznał przed komisją do spraw służb specjalnych, że w zatrzymaniu szefa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego brało udział ośmiu funkcjonariuszy, a gdy wyszedł po przesłuchaniu do dziennikarzy, powiedział, że dwóch. Dwa lata później przed tą samą komisją upierał się, że było ich pięciu. Mnie powiedział, że sześciu, choć wiadomo już, że było ich co najmniej 15. Podobnie było z samochodami- Siemiątkowski mówił o dwóch, a było ich co najmniej cztery.

-         Okłamywanie komisji przy pełnej wiedzy, jak było naprawdę, to cynizm- mówi pułkownik Zbigniew Nowek, były szef UOP, który teraz jest ekspertem sejmowej komisji śledczej do spraw Orlenu. Niejasne zeznania Siemiątkowskiego stały się jedną z przesłanek powołania komisji śledczej.

 Zbigniew Siemiątkowski bagatelizuje.- Wtedy posiłkowałem się przygotowaną dla mnie notatką. Powiedziałem, że Modrzejewskiego zatrzymały cztery osoby plus dwie, ale nie mówiłem, co mieli w odwodzie.

W 2002 roku powiedział też komisji, że przy zatrzymaniu Modrzejewskiego UOP wykonywał tylko polecenie prokuratury. Nie wspomniał, że dzień przed aresztowaniem prezesa Orlenu odbyła się w tej sprawie narada u premiera Millera.

-Kłamstwo wyszło, gdy okazało się, że to funkcjonariusze UOP poinformowali prokuraturę, że prezes Modrzejewski chce uciec za granicę, i nalegali, by go natychmiast zatrzymać. Do zatrzymania doszło na skutek interwencji służb specjalnych mówi Zbigniew Wasserman z PiS, który sprawę nazwał aferą Siemiątkowskiego. Dlaczego kłamał?- Być może chciał kryć premiera i chronić go przed odpowiedzialnością- mówi poseł Wasserman.- Myślał, że kłamiąc, sam też uniknie odpowiedzialności.

Zbigniew Siemiątkowski do dziś się upiera, że mówił prawdę. Gdy komisja uznała go za kłamcę, podał się do dymisji, by – jak tłumaczył- nie wikłać służb w politykę. Zdaniem N., byłego wysokiego funkcjonariusza UOP, sprawa Orlenu pokazała, że Siemiątkowski jest przede wszystkim działaczem partyjnym, a dopiero potem urzędnikiem państwowym.- Dobrze wiedział, że nie można wikłać służb specjalnych do partyjnych gierek, a mimo to nie postawił się premierowi- mówi N. 

PLECY DENTYSTKI

         Rok po tym jak z pomocą UOP kierowanego przez Zbigniewa Siemiątkowskiego usunięto ze stanowiska prezesa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego, żona Siemiątkowskiego Małgorzata została zatrudniona w jednej ze spółek zależnych Orlenu.

         Przed rokiem „Gazeta Polska” pisała, że Małgorzata Siemiątkowska ma wyjątkowe jak na dentystkę plecy. „Gazeta...” wykryła wówczas, że żona ówczesnego szefa wywiadu pracuje w rządowej Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa jako zastępca dyrektora departamentu finansów, a wcześniej była kierownikiem sekcji zamówień publicznych. W marcu 2003 roku odeszła z Agencji. Znalazła pracę w płockim molochu Bassell Orlen Polyolefins, który jest jednym z 40 największych przedsiębiorstw w Polsce. Spółka, w której Orlen ma 50 procent udziałów, buduje w Płocku dwa największe na świecie zakłady produkcyjne polipropylenu i polietylenu warte 500 milionów euro. Żona byłego szefa wywiadu pracuje w dziale finansowym tej specjalistycznej firmy. Pracę zaoferował jej wiceprezes Basell Małgorzata Wiśnicka- Hińcza.

-         Została zatrudniona, bo chcieliśmy wzmocnić kontrolę zakupów- mówi wiceprezes.- Potrzebowaliśmy kogoś z dużym doświadczeniem w zamówieniach publicznych, z silną osobowością. I tak znaleźliśmy panią Siemiątkowską.

      -   Ona jest przecież dentystką.

-         Ale skończyła też zarządzanie i rachunkowość i miała fantastyczne rekomendacje od poprzedniego pracodawcy- mówi Wisniecka-Hińcza.- Gdybym wtedy wiedziała, że rozpęta się sprawa Orlenu, to dla dobra spółki bym jej nie przyjęła. Ale teraz zwolnić jej nie mogę, byłoby to nieprzyzwoite. To bardzo dobry pracownik.

Małgorzata Wiśnicka- Hińcza nie zaprzecza, że Siemiątkowską zna od dawna. Wiceprezes Basell jest żoną Ryszarda Hińczy (obecnie są w separacji), który od 1997 roku był rzecznikiem prasowym Zbigniewa Siemiątkowskiego, ówcześnie koordynatora służb specjalnych. Siemiątkowski i Hińcza, dziś szef Informacyjnej Agencji Radiowej, znają się jeszcze z lat 70. Razem studiowali na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Zbigniew Siemiątkowski nie widzi niczego złego w tym, że jego żona zatrudniona jest w spółce Orlenu.- Nie ma żadnego konfliktu interesu, a o jej zatrudnieniu zadecydowały kwalifikacje- mówi.- Nie ma w tym nic nieetycznego, bo spółka jest tylko współzależna od Orlenu, managment jest z zagranicy, a żona nie zajmuje eskponowanego stanowiska. Za chwilę okaże się, że nigdzie nie może pracować. Poseł mówi, że nigdy nie robił tajemnicy z miejsc pracy swojej żony. Mimo to w rejestrze korzyści złożonym w Sejmie nie napisał, że pracuje ona w Basell Orlen, tylko że jest zatrudniona w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością.

MOJŻESZ PROWADZI DO TECZKI

         Gdyby nie Aleksander Kwaśniewski, Zbigniew Siemiątkowski byłby dziś zapewne naukowcem w Instytucie Nauk Politycznych  UW. Służbami zajął się przypadkiem. Na początku lat 90., gdy tworzyła się Socjaldemokracja RP, Kwaśniewski zamknął najbliższych współpracowników w małym saloniku i przydzielił im przyszłe zadania. Szmajdziński dostał wojsko, Iwanicki politykę zagraniczną, Janik samorządy.- A ty się zajmiesz służbami specjalnymi- wskazał palcem na Siemiątkowskiego.

-         Miałem świadomość, że jeśli chcę przetrwać w Sejmie dłużej niż jedną kadencję, to muszę mieć merytoryczną specjalizację- mówi Siemiątkowski.

O istnieniu Kwaśniewskiego dowiedział się pod koniec lat 80. od Sławomira Wiatra, który powiedział mu, że młody, energiczny minister w rządzie Rakowskiego szuka ludzi do działania.- A mnie wtedy energia rozsadzała- mówi Siemiątkowski. Kwaśniewski organizował wówczas w Urzędzie Kultury Fizycznej spotkania młodych, którym w PZPR Siwaka i Jaruzelskiego było zbyt ciasno. – Plan był prosty- wspomina Siemiątkowski.- Wychodzimy z partii z hukiem i tworzymy prawdziwą socjaldemokrację, zanim jeszcze runie ten domek z kart.

         Po pierwszych demokratycznych wyborach w 1991 roku Siemiątkowski trafił do klubu SLD, z którego później wyszło kilku premierów, marszałków, ministrów i prezydent. W SLD tę elitę elit, która teraz rządzi Polską, nazywają „złotą sześćdziesiątką”. Połączył ich- jak mówią- syndrom oblężonej twierdzy. Niechęć do komunizmu była tak duża, że 13 lat temu traktowano ich w Sejmie jak zadżumionych.- Nawet sejmowa sprzątaczka patrzyła na nas z wyższością- wspomina Siemiątkowski i podkreśla wdzięczność dla człowieka, który pomógł SLD to wszystko przetrzymać. Aleksandra Kwaśniewskiego nazywa Mojżeszem, bo przeprowadził członków dawnej PZPR przez Morze Czerwone.

SYMPATYCZNIEJSZA CZĘŚĆ SLD

         Kariera Siemiątkowskiego rozwijała się początkowo niezbyt dynamicznie. Gdy w 1993 roku SLD wygrał wybory, jego koledzy ze „złotej sześćdziesiątki” przenosili się do ministerialnych gabinetów, a on został zaledwie rzecznikiem prasowym partii. Rok później SLD szykowało go na wiceministra obrony narodowej, ale zaprotestował ówczesny minister Piotr Kołodziejczyk, mówiąc, że nie chce komisarza politycznego w resorcie.

         Dopiero w 1995 roku po wygranych przez Kwaśniewskiego wyborach prezydenckich Siemiątkowski zaczął piąć się w górę- został zastępcą w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. W rządzie Włodzimierza Cimoszewicza był ministrem spraw wewnętrznych, a potem koordynatorem służb specjalnych. Wyczyścił resort ze wszystkich, którzy przygotowali dokumenty oskarżające Józefa Oleksego o szpiegostwo. Ze służby odszedł wtedy Konstanty Miodowicz, obecnie poseł PO, członek sejmowej komisji śledczej do spraw Orlenu.

-         Siemiątkowski był zawsze tą sympatyczniejszą częścią SLD- mówi Jan Lityński z Unii Wolności- Nigdy nie był wystawiany do bezpośredniej walki i nie zajmował się w Sejmie politycznymi połajankami.

 Czasem Siemiątkowski potrafił nawet pójść pod prąd. Na początku lat 90. jako jedyny SLD-owiec zagłosował, że konkordat jest zgodny z polskim prawem. Tak się tym naraził klubowej koleżance Izabeli Sierakowskiej, że ta publicznie groziła mu „urwaniem jaj” i pozbawieniem funkcji rzecznika.

BUBEL ZAMIAST REFORMY.

         Ukochanym dzieckiem Zbigniewa Siemiątkowskiego była reforma służb specjalnych, którą przygotował już w 2002 roku, czyli rok przed przyjęciem władzy przez Sojusz. Mimo całej sympatii dla Siemiątkowskiego nawet Lityński nie ma o reformie dobrego zdania.- Niestety dał się uwieść esbekom- mówi.

         Proces przekształcania służb okazał się bublem, który drogo będzie kosztował budżet państwa.- Rozbicie UOP osłabi polskie służby specjalne na 10-15 lat- uważa pułkownik Zbigniew Nowek. Dodaje, że ustawa o ABW i AW jest kopia ustawy o UOP, do której pośpiesznie dodano kilka przepisów. Te dopisane przepisy Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z konstytucją.

         Po wejściu ustawy w życie w ciągu jednej nocy 500 funkcjonariuszy UOP trafiło na bruk. Była to jednak bomba z opóźnionym zapłonem, bo teraz się okazało, że przy zwalnianiu tych ludzi łamano prawo. Z szacunków stowarzyszenia Magnum, które założyli zwolnieni z UOP, wynika, że po wygranych procesach powróci do służby około 300 osób. Większość z nich będzie się domagać odszkodowań w procesach cywilnych.

-         On zawsze cenił sobie bardziej funkcjonariuszy z dawnej SB niż tych, którzy przyszli po roku 90.- mówi o Siemiątkowskim szef jednej z delegatur UOP.

LUZ I KONFORMIZM

         Do PZPR zapisał się w roku 1978, na drugim roku studiów, gdy miał 21 lat, bo uważał się za człowieka lewicy. W rodzinnym Ciechanowie do dziś służy za przykład niebywałej kariery. Lubi powtarzać, że jest synem piekarza i osiągnięcia zawdzięcza własnej pracy.

         Kolega ze studiów poseł Piotr Gadzinowski mówi, że ludzie, którzy trafiali na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, nie ukrywali chęci robienia kariery w PRL: Włodzimierz Cimoszewicz, Dariusz Szymczycha, Włodzimierz Czarzasty czy Robert Kwiatkowski.

-         Wstąpienie do partii było czymś naturalnym. Jeśli ktoś się nie zapisywał, to dopiero było dziwne- mówi poseł Gadzinowski. Zapamiętał jako środowisko ideowe („Na 1 Maja potrafili krzyczeć: „ Więcej robotników do Biura Politycznego!”) i zabawowe ( „Choć Zbyszek nie był ostrym balangowiczem”).

Znana dziennikarka W., która również z nim studiowała, postrzegała tę grupę jako ostatni rzut konformistów i koniunkturalistów epoki Gierka.- To było pokolenie karierowiczów, którzy za oczywistość brali fakt, że będą rządzić PRL. Wiedzieli jednak, że potrzeba do tego jakiejś obudowy, więc przywdziewali się w ideowe szaty- mówi W.- To tam są korzenie ludzi ze Stowarzyszenia Ordynacka.

Siemiątkowski po skończeniu studiów został asystentem w Instytucie Nauk Politycznych. Studenci go uwielbiali. Za wrodzony luz, poczucie humoru i opadające spodnie.

-         Tylko kiedy dochodziło do starć ideologicznych, usztywniał się i atakował z najbardziej pryncypialnej pozycji- mówi dziennikarz Andrzej Łomanowski, który działał wtedy w podziemnym NZS.- Był skonfundowany, że musi nam mówić oczywistości o przewodniej roli partii.

GRA TECZKAMI

-         Wobec prezydenta jest zawsze lojalny i prezydent wie, że może na niego liczyć w każdej sytuacji- mówi jeden z lewicowych publicystów.- Został przez prezydenta wkopany w dziką lustrację premiera Belki, ale nie puścił pary z ust.

Gdy w maju tego roku wyszło na jaw, że ktoś zaglądał do teczki Marka Belki w IPN, a prezydent nie mógł zdecydować, czy zlecił lustrację Belki, czy nie, Siemiątkowski wziął wszystko na siebie. Najpierw nie chciał powiedzieć, kto zlecił lustrację. Następnego dnia- że rozpoczął procedurę sprawdzania, spodziewając się w tej sprawie pytania prezydenta. Dopiero później przyznał, że robił to na zlecenie prezydenta.

Kolejną sprawę związaną z tą samą teczką bada teraz sejmowa komisja do spraw służb specjalnych. Być może kroi się następny skandal. W kwietniu 1997 roku, gdy koordynatorem służb był Zbigniew Siemiątkowski, teczka Marka Belki została skopiowana z mikrofilmów na papier. Mikrofilm bez specjalnej wyświetlarki nie daje się odczytać ani skopiować. W tym samym czasie powielono z mikrofilmów tajne teczki ówczesnego premiera Włodzimierza Cimoszewicza i ministra spraw zagranicznych Dariusz Rosatiego.

-         Nikt nie wie, po co robiono te kopie ani komu one teraz służą- mówi jeden z członków sejmowej komisji do spraw służb specjalnych.

Wiadomo, że oryginał teczki Belki trafił w 2003 roku do Instytutu Pamięci Narodowej, a kopia pozostawała cały czas w Agencji Wywiadu, której szefował Zbigniew Siemiątkowski. Teczka posłużyła SLD w 2002 roku do wewnętrznych rozgrywek w rządzie Millera. Marka Belkę, który był wówczas wicepremierem, podejrzewano o kłamstwo lustracyjne i w końcu doprowadzono  do dymisji. To prawdopodobnie o tej teczce były minister zdrowia Mariusz Łapiński mówił, że widział ja na biurku szefa SLD Krzysztofa Janika.

-         Z teczką Belki służby maja kłopot. Z całą pewnością kopie gdzieś wyciekły i nikt nie wie gdzie- mówi były wysoki funkcjonariusz UOP. Jeden z byłych szefów UOP twierdzi, że odpowiedzialność za ten bałagan spada na Zbigniewa Siemiątkowskiego. – Jako koordynator do spraw służb specjalnych odpowiada za wszystko, co się wówczas w tych służbach działo.

JAK ŁZA

         W oczach Zbigniewa Siemiątkowskiego nie widać strachu. Spokojnie mówi, że całą nagonkę na niego można tłumaczyć polowaniem na czerwonego. – Jestem czysty jak łza- twierdzi- Kto chce mnie wrobić, ten łże jak pies. I dalej spokojnie wyjaśnia, że nie miał nic wspólnego z kopiowaniem teczki premiera. Nawet nic o tym nie wiedział. A informacje o końcu jego politycznej kariery są mocno przesadzone.- Pochodzę z jednej z najstarszych na Mazowszu rodzin i to nie Warszawka będzie decydować o mojej przyszłości, ale wyborcy z Siemiątkowa, Mławy, Radzanowa i Szreńska.

 

CEZARY ŁAZAREWICZ

Współpraca Sylwia Czubkowska