Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->SŁUŻBY W SŁUŻBIE

„Express Bydgoski”, 15.12.2003

 

 SŁUŻBY W SŁUŻBIE

 

 

Z Konstantym Miodowiczem – posłem Platformy Obywatelskiej, przewodniczącym Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych rozmawia – Anna Raczyńska

 

Panie Przewodniczący, czy oceniając z dystansu kilku dni sejmowe wystąpienie Andrzeja Barcikowskiego szefa ABW nazwałby je Pan ponownie polityczną hucpą?

Po tych paru dniach, które dzielą nas od ujawnienia informacji o jakoby przestępczych lobbingach, realizowanych z udziałem prasy, mogę tylko powtórzyć, że wydarzenie to i zdumiewa, i mocno niepokoi. Znów włączono służby specjalne w obronę interesu określonej partii. Byliśmy świadkami akcji, która miała rozbroić informacje o kolejnym skandalu z udziałem członków SLD. Tym razem chodziło o okoliczności tworzenia ustawy o grach losowych. Ponieważ Leszek Miller i Andrzej Barcikowski wiedzieli, że tego rodzaju materiały są przygotowywane, postanowili je z góry zdyskwalifikować.

Minister Barcikowski i poseł Lewandowski twierdzą, że te informacje nie mogły Pana zaskoczyć, ponieważ znał je Pan wcześniej. Emocjonalna ocena była więc obliczona na polityczny efekt.

Rzeczywiście znałem te informacje wcześniej i uważam, że wskazują one na poważny problem. W moim zachowaniu nie ma sprzeczności. Mamy w państwie do czynienia z funkcjonowaniem patologicznych lobbingów i to wymaga rozpoznania przez kompetentne służby państwowe. Ale sposób, w jaki ujął i przedstawił ten problem szef ABW, to właśnie przykład hucpy. Nie o prawdę materialną tu chodziło, a realizację partykularnych celów politycznych SLD. Pan Barcikowski chciał wytłumaczyć istniejące w tej formacji nieprawości – działaniem lobbystów nieprzyjaznych SLD i wywiadów obcych państw. Zatem problem duży, ale jego realizacja pożałowania godna.

Państwo musi się bronić przed szkodliwym lobbingiem i nie może tego robić bez udziału służb specjalnych.

Służby Specjalne powinny informować administrację o przedsięwzięciach, które mają charakter lobbingowy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy działania te godzą w bezpieczeństwo państwa i łamią lub naruszają istniejące w nim prawo. Szef ABW nie podał jednak nawet jednego przykładu, który świadczy o poważnym naruszeniu interesu Polski. Ujawniono więc materiały uzyskane z użyciem podsłuchów, podglądów i agentury, ale zamiast prokuraturze, przekazano je politykom.

Ustawa o służbach specjalnych mówi, że mogą one wkroczyć także wtedy, kiedy prawo nie jest jeszcze złamane.

Ustawa ściśle wylicza katalog zadań, które mają realizować służby specjalne. Sytuacje wątpliwe powinny być przedmiotem ustaleń, dokonywanych przez prokuraturę lub sąd. Jeśli domniemanie o możliwości złamania prawa nie potwierdziło się, zdobyte materiały muszą być zniszczone, w żadnym zaś razie nie mogą podlegać upublicznieniu.

Ostatnie informacje upublicznili głównie posłowie. Zrobił to w “Monitorze Wiadomości” także Jan Rokita, szef Pańskiego Klubu. Czy sejm sam się nie ośmiesza, gdy najpierw utajnia obrady, a potem ujawnia, co kto wówczas powiedział?

Jeśli kolportuje się rzekomo tajną informację wśród czterystu słuchaczy, trzeba z góry założyć , że z bardzo różnych powodów, w sposób bezkarny, będzie ona wypływała. Natomiast w programie, o którym pani mówi, pan przewodniczący Jan Maria Rokita sugerował, że dysponuje danymi z zamkniętych posiedzeń komisji ds. służb specjalnych. Do tego typu wiadomości pan przewodniczący Rokita nie ma dostępu. Jeżeli uzyskiwałby je od członków komisji, mielibyśmy do czynienia z naruszeniem norm, także norm prawnych, przez tych, którzy je przekazywali. Sądzę jednak, że pan przewodniczący cytował rewelacje prasowe, które ukazały się tego dnia w “Gazecie Wyborczej”.

Czy po roku 1989 ktoś jednoznacznie wskazał, jak powinny wyglądać relacje między służbami specjalnymi a rządem, czy wszyscy milczeli, bo tak jest wygodniej i w razie objęcia władzy łatwiej wykorzystać służby do własnych celów?

Służby Specjalne powinny przede wszystkim dostarczać informacji, będących podstawą podejmowania decyzji ważnych dla kierownictwa państwa. I choć działają one w trybie tajnym, istnieją realne możliwości kontroli i nadzoru państwa nad ich funkcjonowaniem. Kontrolę sprawują instytucje administracji rządowej, sądy, prokuratura i parlament.

One się jednak tej kontroli wymykają.

Tajne służby są podporządkowane bezpośrednio prezesowi Rady Ministrów. Tak naprawdę, to on decyduje o tym, co i w jakim zakresie odsłonić z ich działań sejmowej komisji do spraw służb specjalnych. Niestety rząd Leszka Millera skąpi nam informacji. Zaś w pierwszym roku funkcjonowania komisji w tej kadencji Sejmu, sparaliżował jej działanie. Miało to miejsce w okresie likwidacji UOP, tworzenia nowej ustawy, regulującej działalność cywilnych służb specjalnych oraz masowych zwolnień funkcjonariuszy rekrutowanych po roku 1990.

Kiedy AWS objął władzę, zwolniono ponad tysiąc funkcjonariuszy UOP – u.

W poprzedniej kadencji zwalniano tych, którzy nie potrafili przystosować się do zmienionej sytuacji ustrojowej i operacyjnej. Dotyczyło to wielu oficerów byłej służby bezpieczeństwa PRL, którzy – pozytywnie zweryfikowani – znaleźli się w strukturach UOP, ale nie byli w stanie zmienić swojego warsztatu pracy i sposobu realizowania powierzanych im zadań. Zapewniam, że nie brano pod uwagę kryteriów politycznych.

Ubiegłoroczna reforma służb specjalnych miała służyć zerwaniu z dotychczasową praktyką, z tolerowaniem udziału służb specjalnych w aferach politycznych, a one nadal działają według starych, komunistycznych wzorców. Czy opozycja zrobiła wszystko, żeby zapobiec upolitycznieniu służb specjalnych? Przygotowała na przykład stosowny projekt rozwiązań organizacyjnych?

A według jakich wzorców mają działać, skoro – po raz pierwszy po roku 1990 – kierują nimi politycy z legitymacjami partyjnymi w kieszeni, a więc reprezentujący w tych służbach rządową formację? Szumnie zapowiadana przez SLD reforma sprowadziła się do podziału UOP – u między dwie nowe struktury: Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu. Bo celem tej pseudoreformy było przejęcie służb specjalnych i sprowadzenie ich do roli instrumentu politycznego, który z jednej strony pozwala rządowi dobrze rozpoznać intencje opozycji, z drugiej zaś zabezpieczyć swoje interesy. Likwidacja UOP – u była dobrą okazją, by pozbyć się niewygodnych funkcjonariuszy. Niewygodnych, czyli takich, którzy nie potrafią bez refleksyjnie podporządkować się woli upolitycznionego kierownictwa. W tej sytuacji opozycja mogła tylko uświadomić społeczeństwu zagrożenia, które rodzi projekt SLD. I to zrobiła. W Sejmie doświadczyliśmy dyktatu większości. Rząd nawet nie podejmował dyskusji z krytykami ustawowego przedłożenia. Wysłuchiwał co opozycja miała do powiedzenia, po czym, nawet nie komentując, rozstrzygał wszystko po swojej myśli w głosowaniu.

Czy trzeba mieć legitymację partyjną, żeby być posłusznym władzy? Nominacja polityczna kończy się na tym samym. A szefowie służb specjalnych zawsze mieli polityczną rekomendację.

Problem sprowadza się do umiejętności wpisania celów partyjnych w sferę interesów państwa. Jeżeli te pierwsze będą dla rządzących priorytetem, zawsze znajdą oni sposób na to, by relacje: partie polityczne – państwo – służby specjalne podporządkować koncepcji szkodliwej dla państwa. Szkodliwej, czyli takiej, w której nad bezpieczeństwem kraju górę bierze partyjniackie myślenie. Wtedy bowiem rozwijane są działania nie mające nic wspólnego z funkcjonowaniem instytucji państwa demokratycznego. Służby specjalne to struktury wielotysięczne. Większość funkcjonariuszy wyniosła ze związków z politykami złe doświadczenia. Oni wiedzą, że zaangażowanie polityczne godzi w stabilność służb i w razie odwrócenia się karty politycznej po wyborach, wywołuje kadrową karuzelę. Jednak szefowie tych służb przedkładają interes bieżący i aktualną karierę nad zasady i to, co może się wydarzyć w przyszłości. Takim wykolejeniom może przeciwdziałać rzetelny cywilny nadzór i większy udział opozycji w kontroli instytucji bezpieczeństwa. Chodzi o zachowanie równowagi wpływów i stabilny rozwój służb. Tak jest w państwach o utrwalonej demokracji.

Gdyby miał Pan wskazać najbardziej kompromitującą aferę służb specjalnych w III RP, wskazałby Pan na tak zwaną “aferę Oleksego”?

Józef Oleksy kontaktował się z pracownikiem obcego wywiadu. Obcy wywiad wiele zainwestował w ten kontakt, uważając go za perspektywiczny, godny kontynuacji i ugruntowania. Trudno, by taką relacją nie zainteresował się UOP. Urząd zarejestrował odnośne fakty, ocenił groźne dla bezpieczeństwa państwa i – zgodnie z Kodeksem postępowania karnego – przekazał właściwe zawiadomienie do prokuratury. Józef Oleksy został wyreklamowany z tej sprawy przez polityczny układ, który okazał mu swą solidarność. SdRP, bo o niej mowa, nie czekała nawet na rozstrzygnięcia prawne. To, czego doświadczaliśmy w roku 1995 i 1996 jako żywo przypomina obecną sytuację na Litwie. Pan prezydent Paksas sięgnął po bardzo podobny mechanizm obronny. Powstrzymywałbym się więc od tak jednoznacznych ocen, jakie sugeruje pani pytanie.

Józef Oleksy nie został więc oczyszczony z tego zarzutu?

Sądzę, że w tej sprawie nie liczyła się prawda materialna, lecz pozycja pojmowana wówczas przez Józefa Oleksego i to zdecydowało o ostatecznym, korzystnym dla niego rozwiązaniu.

Józef Oleksy, w wywiadzie, jakiego udzielił mi w lipcu tego roku, powiedział: “Pobyt na Majorce, który trwał dwa dni i kosztował 30 tysięcy dolarów, skończył się zagubieniem kasety z wypowiedzią Ałganowa, w której rzekomo mówi, że Olin to Oleksy”. Jego zdaniem, to kompromituje i służby, i ich mocodawców.

Ale zarazem pan Oleksy nigdy nie zaprzeczał, że spotykał się z panem Wladimirem Ałganowem, prominentnym członkiem rezydentury najpierw KGB, a potem Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej. Spotkania musiały być dla Ałganowa owocne – mimo nawału obowiązków inwestował w nie sporo czasu. Pan Józef Oleksy twierdził, że według niego zainteresowania Ałganowa były dyktowane osobistą przyjaźnią, a nie interesem i potrzebami obcego wywiadu. To ostatnie dziwi, ponieważ zdaniem rzecznika interesu publicznego pan Józef Oleksy już w latach 70. mógł być wywiadowczo przeszkolony. Jeśli to prawda, a rzecz nie jest jeszcze wyjaśniona, eksponowana naiwność i nieumiejętność poruszania się w środowiskach dyplomatycznych są po prostu żenujące.

Pan również padł ofiarą oskarżeń. Zarzucano Panu udział w inwigilowaniu prawicy.

Nikt – ani prokuratura, ani polityczni przeciwnicy – nie oskarżyli mnie o udział w tak zwanej inwigilacji prawicy. Nie uczynił tego również Zbigniew Siemiątkowski, informując o tej sprawie na progu wyborów parlamentarnych w 1997 roku. Podległy mi w latach 1990 – 96 UOP nie uczestniczył w czynnościach kojarzonych z tą sprawą. Ale skoro pani ten temat wywołała, to zauważmy, że prokuratura prowadzi postępowanie w tej sprawie od roku 1997 i do tej pory nie może postawić nikomu żadnych oskarżeń. Nie potrafi przytoczyć argumentów świadczących o tym, że swego czasu UOP złamał prawo. A przypomnijmy, że mówiliśmy o działaniach prokuratury podległej różnym ministrom sprawiedliwości, czyli różnej władzy politycznej. Obecnie, u schyłku 2003 roku, sprawa idzie w zapomnienie. Ot, kolejna “stara baśń” III Rzeczypospolitej.