Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->Zmierzch ery Millera

„Rzeczpospolita”, 30.10.2003

 

Zmierzch ery Millera

Rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej pogłębił problemy, które obiecywał rozwiązać

Mijają właśnie dwa lata rządów Leszka Millera. Jego niekwestionowanym osiągnięciem są zakończone sukcesem negocjacje i zwycięskie referendum akcesyjne. Premier potrafił wykorzystać poparcie głównych sił politycznych w kraju i przywódców "15", nie zraził nieodpowiedzialnymi pomysłami Kościoła.

Przed wyborami wiązano z rządem Leszka Millera duże nadzieje również co do polityki wewnętrznej. Dzisiaj ma on jednak najniższe w historii notowania poparcia i niepewne własne szeregi. Jednym z powodów są na pewno niespełnione obietnice.

Trudno powiedzieć, jak długo Leszek Miller pozostanie jeszcze na czele Sojuszu i rządu. Nie ma jednak wątpliwości, że wszedł w schyłkowy okres swej kariery politycznej. Nieodpowiedzialnie składane nadmierne obietnice wyborcze i gry gabinetowe jako główny sposób sprawowania władzy, przy ubóstwie programowym, okazały się dla niego zabójcze. Gorzej, że okazały się również szkodliwe dla Polski.

Złote czasy kampanii wyborczej 

Jeśli ktoś kiedyś spyta będącego już na emeryturze Leszka Millera, jaki był najszczęśliwszy okres w jego życiu, to jest wielce prawdopodobne, że wskaże on na kampanię wyborczą przed wyborami parlamentarnymi w 2001 roku. Wszystko wówczas układało się po jego myśli. Był gwiazdą mityngów, programów telewizyjnych i audycji radiowych. Wierzyli w niego nie tylko zatwardziali zwolennicy lewicy.

Nastroje społeczne były fatalne. Blisko 80 procent społeczeństwa było zawiedzionych rządami Jerzego Buzka. Na jaw wychodziły kolejne afery tej ekipy. AWS była skłócona i praktycznie już nie istniała. Do niedawna współrządząca Unia Wolności balansowała w sondażach na granicy pięcioprocentowego progu. PiS i PO nie były alternatywą. Opinia publiczna właśnie dowiedziała się o "dziurze Bauca", która - z pomocą SLD - przekształciła się w wyobraźni zbiorowej z zagrożenia w realny deficyt.

SLD wydawał się odpowiedzią na te problemy. Prezentował się jako zwarta drużyna, gotowa nie tylko do przejęcia władzy, ale również do naprawy Polski. Jej niekwestionowanym liderem był Leszek Miller.

Kampania wyborcza była pokazem sprawności organizacyjnej i siły. Polska po czterech latach rządów Buzka - twierdził SLD - to spalona ziemia. Miller mówił o umierających z zimna i szukających na śmietnikach jedzenia bezdomnych. Hasłem kampanii było "Przywróćmy normalność, wygrajmy przyszłość".

W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z 27 lipca 2001 roku Miller zadeklarował, że lewica ma program ratowania budżetu i finansów publicznych. Przy okazji oskarżył rząd Buzka, że ukrywa prawdę. Na konferencji "Państwo tańsze, przyjazne, skuteczne" przyszły premier zapowiedział likwidację Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych, Urzędu Regulacji Telekomunikacji, Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast. Obiecał też starania o zmiany w konstytucji umożliwiające likwidację Senatu.

Rzeczywistość

Do bezwzględnej większości zabrakło koalicji SLD - UP 15 mandatów. Leszek Miller nie zrealizował jednak zapowiedzi z 10 września, że w wypadku wyniku gorszego niż 50 procent głosów koalicja rozważy pozostanie w opozycji. Czwartego października prezydent powierzył Millerowi misję utworzenia nowego rządu, wkrótce potem podpisano umowę koalicyjną SLD - UP z PSL, a 19 października rząd został zaprzysiężony. Porozumienie koalicyjne było już mniej zdecydowane niż materiały wyborcze. Priorytetem miało być zmniejszenie bezrobocia, ułatwienie dostępu do edukacji, zagwarantowanie bezpieczeństwa, uporządkowanie państwa, poprawa sytuacji wsi. W umowie podana była tylko jedna liczba - 40 miliardów złotych miał wynosić deficyt budżetowy w roku 2002. Jak miano to osiągnąć, skoro planowano dodatkowe wydatki, nie było wiadomo.

Te dodatkowe wydatki to zapowiedziane wspieranie małych i średnich przedsiębiorstw, firm eksportujących, rozwój edukacji i pomoc absolwentom, system dotacji dla tworzonych miejsc pracy, wspieranie słabszych grup społecznych. Bardzo ogólnie mówiono o finansach publicznych. Jedynym konkretem była likwidacja dwóch ministerstw, agencji i fundacji korzystających z państwowych pieniędzy. Expose premiera Millera wygłoszone 25 października 2001 roku wcale nie było bardziej szczegółowe. Taka polityka stanie się w przyszłości regułą. Mówić jak najmniej i jak najbardziej ogólnie. Mirosław Gronicki, główny ekonomista BIG Banku Gdańskiego, powiedział po expose, że rząd Millera nie wie, jak walczyć z ewentualną recesją. Diagnoza i obawy potwierdziły się co do joty. Na naradzie programowej SLD ekonomiści zapowiadali nadchodzący kryzys finansów publicznych. Profesor Andrzej Sopoćko apelował, aby zrobić to, co dzisiaj wicepremier Hausner. Nie słuchano go. Dominował optymizm i obietnice.

Więcej zdecydowania wykazał premier Miller wobec służb specjalnych. Bardzo szybko odeszli szefowie WSI i UOP. Lewica zlikwidowała UOP, a na jego miejsce powołała dwie agencje - Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Wywiadu. Przy okazji zwolniono - często w sposób skandaliczny i urągający prawu - kilkuset funkcjonariuszy, w większości tych, którzy przyszli do służby już w III RP. Uchylono natomiast furtkę dla byłych SB-ków. Lewica zajęła się również - z pomocą Samoobrony - liberalizacją ustawy lustracyjnej, czyli tym wszystkim, co uznawała wcześniej za problemy pozorne.

Początek spadku

W grudniu 2001 roku sopocka Pracownia Badań Społecznych zrealizowała badanie "Rzeczpospolitej" oceniające pierwsze efekty rządów Millera. Zdaniem blisko połowy Polaków Sojusz Lewicy Demokratycznej już wówczas nie realizował obietnic wyborczych. Szczególnie symptomatyczna była ocena obietnicy, że rząd zacznie oszczędności od siebie. Wprawdzie zamrożono pensje w administracji rządowej, ale do opodatkowania diet poselskich, co również zapowiadał Sojusz, determinacji już zabrakło. Wolniej, niż obiecywano, przebiegała likwidacja funduszy, fundacji i agencji obracających pieniędzmi podatników. Witold Kieżun, jeden z największych specjalistów od zarządzania, wielki wróg powiatów, uważa, że pod rządami Millera biurokracja jeszcze się rozrosła. W roku 2000 zatrudnienie w administracji państwowej wynosiło 135 865 pracowników, w 2002 roku już 157 644. Według GUS bieżące zatrudnienie w drugim półroczu 2003 w stosunku do II półrocza 2002 jest wyższe o 17,7 procent

Nic dziwnego zatem, że według 60 procent Polaków obietnica rozpoczęcia oszczędności od siebie nie została przez Millera spełniona.

Na spadek popularności rząd miał dwie odpowiedzi. Pierwszą było wzmocnienie tak chętnie używanej w kampanii wyborczej czarnej propagandy. Zaraz po Nowym Roku 2002 przyjął i ogłosił "Raport otwarcia". Zła sytuacja gospodarcza, tragiczne bezrobocie, Polska na skraju bankructwa - to zdaniem Millera - dziedzictwo rządów AWS - UW, które miały jakoby zaprzepaścić to, co w latach 1993 - 1997 udało się osiągnąć koalicji SLD - PSL. Drugim posunięciem mającym zwiększyć zaufanie do rządu była dymisja w lipcu 2002 roku "twardego" Marka Belki i zastąpienie go "bardziej prospołecznym" Grzegorzem Kołodką.

Służba zdrowia w stanie zapaści

W czasie kampanii wyborczej SLD, a zwłaszcza Leszek Miller i Mariusz Łapiński, najbardziej krytykował służbę zdrowia. Wprowadzony przez rząd Buzka system kas chorych już na początku swego istnienia został przez lewicę zdyskwalifikowany. Opinia publiczna ochoczo podchwyciła ten ton i uwierzyła w centralistyczne plany Sojuszu, czyli powołanie jednego Narodowego Funduszu Zdrowia. - Kalendarz jest prosty, mamy cały 2002 rok na przygotowanie najważniejszych zmian. Chcę, żeby 1 stycznia 2003 r. nie było kas chorych, by działała sieć szpitali publicznych, możliwa była racjonalna polityka lekowa, a rejestr usług medycznych był w znacznym stopniu przygotowany - tak mówił w listopadzie 2001 r. Łapiński.

Dziś tylko cztery procent Polaków pozytywnie ocenia tę zmianę. Bałagan jest jeszcze większy, zadłużenie poszczególnych placówek rośnie lawinowo, wiele szpitali i przychodni już dziś nie przyjmuje pacjentów, bo wyczerpały się limity, lekarze rodzinni w kilku województwach praktycznie zastrajkowali. Do tego dochodzą korupcyjne podejrzenia związane z byłym kierownictwem resortu zdrowia, a rząd miota się między rozmaitymi koncepcjami, łącznie z obowiązkowymi opłatami za wizyty i wypisywanie recept.

Oświata - słabym nauczycielom znowu się udało

Centralna Komisja Egzaminacyjna ogłosiła 1 czerwca 2001 r., że nowa matura odbędzie się 8 kwietnia 2002 r. i będzie się składała z dwóch części. Ustnej, wewnętrznej, zdawanej w szkole oraz pisemnej, ocenianej poza szkołą maturzysty. W październiku 2001 r. odbyła się według nowych reguł próbna matura z matematyki. Wyniki były fatalne. Oblało ją od kilku do 40 procent zdających.

Jeszcze jako kandydatka na ministra edukacji Krystyna Łybacka zapowiedziała przesunięcie terminu nowej matury. Wprowadziło to nie tylko ogromny bałagan, ale zachwiało całym systemem edukacji. Silniejszy okazał się nacisk związanego z lewicą ZNP-owskiego lobby, przestraszonego perspektywą zewnętrznej oceny pracy nauczycieli. - Zewnętrzny egzamin maturalny wejdzie w życie w roku 2004/5, a matematyka przestała być obowiązkowa na maturze. Oświatowej biurokracji i słabym nauczycielom jeszcze raz udało się stłuc termometr, żeby ukryć gorączkę. Nadal będą głosić, że już 75 procent rocznika trafia do szkół maturalnych, i udawać, że nie widzą, iż jedna czwarta kończy je na poziomie 5 - 6 klasy szkoły podstawowej - napisał w "Rzeczpospolitej" jeden z nauczycieli. Najnowsze zmiany w przepisach o nowej maturze mogą utrudnić młodym ludziom przyjęcie na studia bez egzaminów. Minister Łybacka zlikwidowała minimalne wymagania potrzebne do zaliczenia egzaminu na poziomie rozszerzonym, co uczelnie uważają za niezbędne, by przyjmować tylko na podstawie matury.

Na przykład górnictwo

Kilka tygodni temu przez Warszawę przeszła potężna demonstracja górników. Doszło do starć z policją. Przyznać trzeba, że brakiem zdecydowania w reformowaniu i restrukturyzowaniu górnictwa grzeszyły wszystkie rządy z ostatnich kilkunastu lat. Od 1990 r. państwo wydało na górnictwo co najmniej 34 miliardy złotych. Główną przyczyną niepowodzeń był brak spójnej, długookresowej polityki. Rząd Millera zapowiadał uporządkowanie górnictwa, zaprowadzenie w nim - pod parasolem osłon socjalnych - reguł rynkowych. Bez skutku. Przez pierwsze kilkanaście miesięcy ulegano naciskom związkowców i potężnego lobby dyrektorów kopalń, spółek i kompanii. Kiedy sytuacja stała się krytyczna, zaczęto bez przygotowania stosować rynkowe reguły. Odpowiedzią są strajki i demonstracje. Górnictwo jest tylko przykładem, podobną strategię rząd Millera zastosował również w innych branżach.

Przed referendum unijnym rząd wstrzymał prace nad ustawami, które mogły spotkać się z negatywnym odbiorem społecznym. Przykładem jest właśnie górnictwo - rząd w 2002 roku podpisał porozumienie odsuwające zamknięcie kilku kopalń. Podobny los spotkał całą reformę finansów publicznych, ubezpieczeń społecznych i nowelizację ustawy o zawodach pielęgniarki i położnej.

Nie tylko Rywin

Miller doszedł do władzy pod hasłem rozliczenia afer rządu Buzka i zaprowadzenia państwa prawa. Afery rządu Buzka - na przykład PZU i PZU Życie - okazały się ponadpartyjne. Natomiast nie sposób powiedzieć o wprowadzeniu państwa prawa przez SLD. Najgłośniejsza z wielu innych afera Rywina wstrząsnęła opinią publiczną przede wszystkim dlatego, że obnażyła patologię całego życia publicznego - politycznego, biznesowego i medialnego. Afera starachowicka jeszcze wzbogaciła ten obraz. Poważne podejrzenia o współpracę z zorganizowanym światem przestępczym zaczęły dochodzić do najwyższych szczytów władzy. "Raport otwarcia", który miał być swoistą legitymacją czystości, okazał się materiałem robionym na polityczne zamówienie nowej ekipy.

Ciągła ucieczka do przodu

Jeszcze dwa lata temu mówiono: "Era Millera", "Kanclerz". Dziś po tych określeniach zostało tylko wspomnienie. Choć sprytu w rozwiązywaniu kłopotów we własnych szeregach może mu pozazdrościć wielu. Ze wszystkich wyszedł nie tylko obronną ręką, ale doprowadził do tego, że mimo fatalnych notowań nikt nie chce przeciwko niemu wystąpić. Przeżył dymisję Marka Belki, odejście z rządu PSL, spór z prezydentem, bunt baronów, kongres, jak na razie nie szkodzi mu we własnych szeregach afera Rywina. Zwalniając jednych - np. Kaczmarka, Łapińskiego - awansując innych - np. Kurczuka - oszczędzając jeszcze innych - np. Szarawarskiego, spina cały Sojusz. Być może jest to wynik wewnętrznych zależności panujących w SLD. Tylko Miller gwarantuje swoiste bezpieczeństwo całemu aparatowi, bez niego wszystko się rozsypie, a wówczas zapanuje zasada "ratuj się, kto może", na której stracą wszyscy.

Socjaldemokratyczna zasłona

Sojusz i Miller, idąc dwa lata temu do wyborów, odwoływali się niemal codziennie do zasad sprawiedliwości społecznej, socjaldemokratycznej wrażliwości, obiecywali wyrównywanie szans i sprawiedliwość. Opinia publiczna nie widzi spełnienia tych obietnic. SLD jest dla niej partią socjaldemokratyczną tylko z nazwy, do tego pozbawioną wrażliwości społecznej.

Według prawie trzech czwartych Polaków - wynika z ostatnich, wrześniowych badań "Rzeczpospolitej" - rząd Millera nie prowadzi polityki ułatwiającej start młodzieży, a niewiele mniej jest zdania, że Sojusz nie zadbał o równy dostęp do opieki zdrowotnej. Mimo takiej oceny Miller ogłosił niedawno, że Polska stała się liderem przemian w Europie postkomunistycznej, a przyszłość będzie jeszcze lepsza. Zwycięstwo w wyborach 2005 r. jest bardzo prawdopodobne. Jadwiga Staniszkis, która niejedno już przewidziała w polskiej polityce, w rozmowie z "Rzeczpospolitą" oceniła, że jeżeli Millerowi uda się wywinąć ze sprawy Rywina, jeśli pokaże, że chce oczyścić SLD, porozumie się z częścią Platformy - także w sprawie reformy finansów - ma ciągle szanse na wygraną.

Miller nieraz pokazywał, że jest dobry w gabinetowych rozgrywkach i zakulisowych układach. Problem polega jednak na tym, że jedynym beneficjentem jego sukcesów coraz częściej staje się on sam. Historia uczy, że wtedy upadek jest zwykle niespodziewany i dotkliwy.

 

KRZYSZTOF GOTTESMAN